top of page

Pyta Iwona Szoka


W samym sercu metropolii śląskiej, pomiędzy osiedlami Świętochłowic i Chorzowa, znajduje się historyczne składowisko odpadów poprzemysłowych po Państwowych Zakładach Chemicznych Hajduki, związanych m.in. z destylacją smoły oraz produkcją farb i lakierów.


Dokumentacja przedsięwzięcia wskazuje w tym środowisku m.in. fenole, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne (WWA) oraz substancje z grupy BTEX. Wśród opisanych zanieczyszczeń znajdują się związki lotne i półlotne, a dokumentacja wskazuje również na toksyczne, mutagenne i rakotwórcze właściwości części tych substancji oraz ich potencjalny wpływ na rozrodczość, a także negatywny wpływ na system hormonalny.


To właśnie w tę hałdę trwa obecnie ingerencja bez absolutnie żadnych konsultacji społecznych, bez analizy ryzyka i bez zabezpieczenia mieszkańców przed potencjalnym uwolnieniem „smoka spod wielkiej góry”, czyli toksyn.


Najpierw mała instalacja eksperymentalna.

Potem pełnowymiarowa – eksperyment na wielką skalę.


Nie bez znaczenia jest również to, co przewiduje  załącznik do zamówienia – Program Funkcjonalno-Użytkowy (PFU) dotyczący remediacji hałdy przy Stawie Kalina zakontraktowanej 15 czerwca 2026 r.

 

Już w fazie prac określanych jako „badania” przewidziano budowę i uruchomienie małej, eksperymentalnej instalacji semitechnicznej, która ma poprzedzić rozwiązanie pełnowymiarowe.  Co to znaczy? Etap badawczy obejmuje instalację eksperymentalną mającą przygotować rozwiązanie docelowe, również w rzeczy samej eksperymentalne.

 

Na podstawie doświadczeń uzyskanych podczas pracy małej instalacji ma następnie zostać przygotowane rozwiązanie pełnowymiarowe, obejmujące m.in. system napowietrzania wnętrza pięciohektarowej hałdy oraz możliwość dozowania bakterii.

 

I właśnie dlatego Fundacja stawia kolejne, bardzo proste pytanie:


Kto chroni nas i przyrodę przed tym eksperymentem?

I dlatego warto wrócić do rzeczy podstawowej: czym właściwie, zgodnie z prawem, ma być remediacja i czemu ma służyć.


wiersz Iwony Szoka pt. Koronka
Czy mamy odwagę spojrzeć prawdzie w oczy? Iwona Szoka, foto Joanna Nowicka

Art. 3 pkt 31b, prawa ochrony środowiska, wskazuje, że celem remediacji jest m.in. usunięcie lub zmniejszenie ilości substancji powodujących ryzyko, ich kontrolowanie oraz ograniczenie ich rozprzestrzeniania się, tak aby zanieczyszczony teren przestał stwarzać zagrożenie dla zdrowia ludzi lub środowiska.


Nie chodzi więc wyłącznie o to, żeby „coś zrobić” z terenem zanieczyszczonym.

Chodzi o rezultat.

O ograniczenie zagrożenia, ograniczenie rozprzestrzeniania się substancji i ochronę ludzi oraz środowiska przed ekspozycją.



I właśnie z tej perspektywy warto spojrzeć na dwie zupełnie różne sytuacje przy Kalinie


I tu zaczyna się rzecz najważniejsza.


Czym innym była remediacja rozkopanego Stawu Kalina, zionącego m.in. fenolami i emitującego zanieczyszczenia, której celem było ograniczenie narażenia mieszkańców i przedostawania się toksycznych substancji do środowiska, a czym innym ingerencja mogąca uwolnić odizolowane toksyny.


W przypadku remediacji stawu, Polska nie miała wyjścia. Wówczas toksynami oddychały nawet dzieci w pobliskiej szkole, wspominają nauczyciele oraz byli już uczniowie oraz uczennice. Niedawno mówił o tym również radny miasta Damian Malujda w rozmowie prowadzonej po Komisji Skarg i Wniosków w UM Świętochłowice. Pamięta iż trzeba było zamykać okna, nie dało się oddychać.


O czym i ja wiem doskonale — sama tu mieszkam. I wiem, co stało się, gdy poprzednie władze rozkopały teren bez zabezpieczenia mieszkańców. Dlatego jestem zaskoczona brakiem reakcji przeciwdziałających potencjalnemu zagrożeniu ze strony przewodniczącego Rady Miasta Bartosza Karcza, który był wówczas wiceprezydentem i uczestniczył w prowadzeniu nieudanej remediacji, której skutki tysiące mieszkańców mogą odczuwać z czasem.


Mamy bowiem do czynienia z substancjami, których właściwości mutagenne i rakotwórcze zostały naukowo potwierdzone.


Już dziś, według danych GUS za 2024 r., umieralność z powodu nowotworów w Świętochłowicach, w przeliczeniu na 100 tyś. mieszkańców, przekracza średnią krajową o 19,7%.

Oczywiście nie ma podstaw, aby wprost przypisywać ten wynik oddziaływaniu Stawu Kalina, nie przeprowadzono obiecanych badań, jednak dane te niewątpliwie dają do myślenia.


Dziś, zanim sprowadzimy kolejne ryzyko wprowadzenia zagrożenia na społeczność lokalną, warto się zatrzymać i pozwolić specjalistom m.in. od zarzadzania ryzykiem stworzyć maksymalnie bezpieczne rozwiązanie, a nie pozostawiać takie zadania politykom.


Z czujnością dziś warto podejmować działania wobec ok. 25-metrowej hałdy, której zawartość została wcześniej odizolowana od otoczenia, powierzchnię odpadów przykryto ziemią i która porosła bujdą roślinnością, jeżeli planowana ingerencja może stworzyć ryzyko ponownego uwalniania lub przemieszczania znajdujących się w niej substancji...


Chyba, ze chcemy napisać scenariusz „Fenolowych dzieci”.


W ramach remediacji stawu hałdę odizolowano szczelnymi grodziami dookoła. Prace kosztowały ok. 72 mln zł, a oczyszczanie stawu bakteriami oraz jego napowietrzanie mimo upływu lat — nadal trwa.


Niestety od 17 czerwca 2026 miasto nie przedstawiło wyników badań powietrza przy już istniejącej instalacji napowietrzającej staw, a także przy przepompowni ChŚPWiK, aby ocenić bezpieczeństwo istniejącej instalacji napowietrzającej staw. Być może od lat tego nie sprawdzało. Czas pokaże. Zwłaszcza że mieszkańcy od lat wskazują miejsca, w których występują intensywne uciążliwości zapachowe mogące świadczyć o emisji substancji zanieczyszczających, podczas gdy przepisy nakładają na organy publiczne obowiązek gromadzenia i udostępniania informacji o stanie środowiska.


I tak dochodzimy do zasadniczej różnicy pomiędzy remediacją intensywnie parującego Stawu Kalina oraz terenu przyległego, a hałdy.


W pierwszym przypadku działania miały ograniczać istniejącą ekspozycję.

W drugim przypadku — w sprawie historycznego wysypiska odpadów toksycznych — trzeba najpierw wykazać, że podejmowana ingerencja nie stworzy nowych dróg ekspozycji.


I właśnie dlatego nie można mechanicznie porównywać rozkopanego stawu, z którego m.in. fenole było czuć na kilometry  — z hałdą, której zawartość została wcześniej odizolowana od otoczenia w ramach prowadzonych prac, które kosztowały społeczność dziesiątki milionów złotych. O ich skuteczność grodzi mówili przedstawiciele miasta  podczas wrześniowej Sesji Rady Miasta — nie powinna przez 3 dekady nam zagrażać.


Najpierw zapobieganie


Art. 6 Prawa ochrony środowiska nakazuje zapobiegać negatywnemu oddziaływaniu na środowisko. Jeżeli natomiast negatywne skutki planowanej działalności nie są jeszcze w pełni rozpoznane, zastosowanie znajduje zasada przezorności.


Jej sens jest prosty.


Nie czekamy, aż szkoda nastąpi, żeby dopiero wtedy zastanawiać się, jak jej przeciwdziałać.

Najpierw rozpoznajemy możliwe zagrożenia i drogi narażenia, następnie przygotowujemy zabezpieczenia, a dopiero później podejmujemy działania mogące oddziaływać na środowisko.


W przypadku wysypiska odpadów przemysłowych, nazywanego przez mieszkańców hałdą Kalina,  ma to szczególne znaczenie, ponieważ dokumentacja przedsięwzięcia przewiduje, przypomnę, wykonanie dziesiątek otworów, w tym 10 poziomych do instalacji wentylacyjnej, szczególnie kontrowersyjne – napowietrzanie i podgrzewanie wnętrza hałdy.


Jednocześnie pięć otworów już istnieje, ale — zgodnie z pisemną informacją przekazaną Fundacji przez prezydenta miasta Świętochłowice — nie dokonano identyfikacji znajdujących się w nich gazów ani nie określono ich stężeń w fazie prac nazywanych "badaniami".


Zapowiedziano natomiast wykonanie kolejnych 35.


I tu właśnie pytanie o zasadę przezorności przestaje być abstrakcyjną dyskusją prawną.

Jeżeli nie wiemy jeszcze, jakie gazy znajdują się w wykonanych otworach i w jakich stężeniach, to na jakiej podstawie oceniamy ryzyko dalszej ingerencji?


Ma to tym większe znaczenie, że Dyrektor Oddziału Badań REMEA Ewa Iwanicka sama publicznie wskazuje, iż podczas wierceń, wykopów, przemieszczania mas ziemnych lub naruszania zanieczyszczonego podłoża obecne w nim lotne związki organiczne, gazy i pary substancji chemicznych mogą być uwalniane do atmosfery.


Ustawodawca każe patrzeć również na to, kto mieszka obok

Prawo ochrony środowiska wymaga przy ocenie występowania znaczącego zagrożenia dla zdrowia ludzi lub stanu środowiska uwzględniania m.in. możliwości rozprzestrzeniania się zanieczyszczeń, potencjalnych dróg narażenia oraz ludzi, którzy mogliby ucierpieć.

Co szczególnie istotne w przypadku Kaliny, art. 101p ust. 1 pkt 5 wskazuje wprost na występowanie na terenie zanieczyszczonym i w jego okolicy m.in. placów zabaw, terenów sportowych oraz budynków mieszkalnych i użytkowych.


To niemal opis otoczenia tej hałdy.


Mówimy o terenie położonym pomiędzy osiedlami Świętochłowic i Chorzowa, w sąsiedztwie szkoły, przedszkola, boisk, placów zabaw i miejsc codziennie użytkowanych przez mieszkańców.


Ustawodawca nie każe więc patrzeć wyłącznie na to, co znajduje się we wnętrzu zanieczyszczonego terenu.

Każe patrzeć także na to, kto znajduje się wokół niego i w jaki sposób może zostać narażony.


Jedno ogranicza ekspozycję. Drugie może ją stworzyć


I właśnie do tego sprowadza się najważniejsza różnica.

Remediacja powinna prowadzić do ograniczania zagrożenia i rozprzestrzeniania się zanieczyszczeń.


Jeżeli natomiast ingerujemy w materiał, który pozostawał odizolowany od otoczenia w ramach wykonanej już remediacji, na terenie gęsto porośniętym roślinnością i podlegającym procesom bioremediacji od dekad, musimy wcześniej wiedzieć, czy wykonanie otworów, napowietrzanie, podgrzewanie lub inne działania nie stworzą nowych dróg migracji znajdujących się w nim substancji. Nie twierdzę, że hałdy nigdy nie należy ruszać.

Twierdzę, że najpierw trzeba wykazać bezpieczeństwo ingerencji, a dopiero później ją prowadzić.


Trzeba znać możliwe drogi migracji rakotwórczych, śmiercionośnych toksyn, realne scenariusze awaryjne i sposób ochrony ludzi mieszkających obok.

Bo remediacja nie polega na tym, aby substancje, które zostały odizolowane od mieszkańców, ponownie wprawić w obieg i dopiero później sprawdzać, gdzie trafią.

Jeżeli celem prawa jest ograniczanie ekspozycji, to właśnie ten cel powinien być punktem wyjścia dla każdej technologii, każdego harmonogramu i każdej decyzji podejmowanej przy Kalinie.


Dziś, poza szumnie zapowiadanym monitoringiem powietrza, nasze dzieci i my każdego dnia nie wiemy, czym oddychamy. Nie znamy również planu ewakuacji ani procedur działania służb na wypadek błędu, który — wydawałoby się — jest przecież możliwością wpisaną w prowadzenie eksperymentów. Szkoda tylko, że w tym przypadku eksperyment nie odbywa się w laboratorium, lecz w sercu metropolii.


Nie możemy dowiadywać się"jutro" z wykresu, czym oddychaliśmy dzisiaj.

Monitoring bez natychmiastowego alarmowania i procedury ochrony mieszkańców nie zapobiega narażeniu na toksyczne substancje — może jedynie później pokazać, że do takiego narażenia mogło dojść.


Co więcej — kto nas o tym powiadomi?


Prywatna firma realizująca prace, których ewentualnym skutkiem może być uwolnienie substancji z historycznego składowiska?


Historia ochrony środowiska na świecie zna podobne przypadki — historie bagatelizowanych zagrożeń, opóźnionych reakcji i ludzi, którzy o rzeczywistym narażeniu dowiadywali się dopiero po czasie. Niektóre z nich stały się później podstawą filmów i seriali opartych na prawdziwych wydarzeniach.


Właśnie dlatego pytamy o niezależny system kontroli, alarmowania i ochrony mieszkańców — zanim wydarzy się historia, o której ktoś kiedyś nakręci film.

Nasze dzieci mogą być w tym czasie w szkole, na boisku albo na placu zabaw. My możemy spacerować, być w domu albo spać.


Nie możemy najpierw wziąć oddechu powietrzem zawierającym uwolnione substancje, a dopiero później otrzymać informację, co zarejestrował monitoring.

System bezpieczeństwa musi dawać mieszkańcom szansę zareagowania, zanim dojdzie do narażenia.


Bo ładne — nie znaczy zdrowe...


C.d.n.



źródła:


Prawo ochrony środowiska - ustawa tekst jednolity


Konwencja z Aarhus


Publikacje zawodowe Dyrektor Oddziału Badań REMEA Ewa Iwanicka (w tym Linkedin)


Umowa na remediacja hałdy odpadów poprzemysłowych położonej przy stawie Kalina w Świętochłowicach, załącznik do umowy nr 2 PFU.zip dostęp: 11.09.2026. https://platformazakupowa.pl/transakcja/1273385


K. Starzec, E. Stańkowska, P. Supel, R. Mazur, P. Surma, P. Kaszycki, „Microbiological treatment of post-industrial water: Example of efficient bioremediation of the heavily polluted Kalina pond, Poland”, Journal of Water and Land Development 2024, nr 60, s. 236–245, https://doi.org/10.24425/jwld.2024.149125, opublikowano online 29.03.2024, dostęp: 11.09.2026.


J. Zamorska, I. Kiełb-Sotkiewicz, „A Biological Method of Treating Surface Water Contaminated with Industrial Waste Leachate”, Water 2021, vol. 13, nr 24, art. 3644, https://doi.org/10.3390/w13243644, opublikowano 17.12.2021, dostęp: 11.09.2026.





 
 

Pyta Iwona Szoka


Przesunięcie zabudowy w kierunku Doliny Lipinki, zmiana zagospodarowania terenu Ajski, to nie tylko kolejne budynki na mapie. To ingerencja w stosunki wodne terenu, a wraz z nią ryzyko obniżenia poziomu wód gruntowych i wysuszenia niezwykle delikatnego ekosystemu, który dopiero się tutaj odradza.


I właśnie dlatego, zanim przesuniemy zabudowę choćby o kolejny metr, warto wiedzieć, co właściwie przesuwamy i w czyją stronę. Kiedy mówię o Dolinie Lipinki, nie mam na myśli wyłącznie wąskiego obszaru wyznaczonego administracyjną granicą.


Mówię o całym układzie przestrzennym i przyrodniczym pomiędzy ciekiem i Doliną Lipinki a terenem zabudowanym. Mówię również o całym terenie Ajski, o hałdzie po dawnej działalności hutniczej i o istniejącej zabudowie mieszkaniowej.

I poddaję pod rozwagę pytanie podstawowe: co jest skażonym terenem – hałdą po hucie cynku – a co nim nie jest?


Dziś to właśnie przestrzeń pomiędzy Doliną Lipinki a zabudową mieszkaniową jest przedmiotem głównych rozważań w przestrzeni publicznej.

Nie jest pustką. Nie jest ziemią „pomiędzy niebami”.


I nawet jeżeli jakiś jej fragment na mapie lub w ewidencji zostanie nazwany „nieużytkiem”, nie oznacza to, że w rzeczywistości nie pełni żadnej funkcji.


Wręcz przeciwnie. Jest częścią układu wodnego i przyrodniczego. Rozwijają się tutaj siedliska i roślinność związana z terenami wilgotnymi, a przez teren przemieszcza się woda.


wiersz Iwony Szoka pt. Koronka
Czy mamy odwagę spojrzeć prawdzie w oczy? Iwona Szoka, foto Joanna Nowicka

To nie jest wolne miejsce pomiędzy widocznym „kopcem” hałdy czy wodami Lipinki a domami. To jest przestrzeń, która ma swoją funkcję. I właśnie tę funkcję trzeba poznać, zanim zaczniemy ten teren metr po metrze zabudowywać.


Dolina Lipinki w Świętochłowicach – i szerzej teren Ajski – nie jest pustą przestrzenią pomiędzy osiedlami.


Miejsce to nie jest również obojętne ani mieszkańcom Śląska, ani naukowcom. W 2025 roku Krzysztof Rostański, Adam Rostański i Renata Dulias opublikowali w czasopiśmie naukowym „Landscape Online” pracę The evolution of the Lipinka Valley brownfield site as a multi-layered testimony to local identity.



To niezwykle ciekawa opowieść o przestrzeni, w której zapisała się trudna historia tego regionu – przez dziesięciolecia przekształcanej przez człowieka i przemysł, a następnie, pozostawionej samej sobie, stopniowo odzyskiwanej przez przyrodę.


I tu zaczyna się rzecz najważniejsza.


Autorzy nie opisują Doliny Lipinki jako pustej zielonej plamy. Badają jej przekształconą przez człowieka rzeźbę, hydrografię, gleby, wody powierzchniowe, florę i faunę. A pamiętajmy, że ten ekosystem nie powstał obok przemysłowej historii tego kawałka świata, lecz na jej pozostałościach – pośród ołowiu i tego wszystkiego, co pozostawiła po sobie huta.


Autorzy wskazują na antropogeniczne przekształcenia lokalnej rzeźby i hydrografii oraz zmiany właściwości fizycznych i chemicznych gleb i wód powierzchniowych. I dochodzą do wniosku szczególnie ważnego dla dzisiejszej dyskusji o Dolinie Lipinki: ta zdegradowana przez przemysł przestrzeń nie pozostała biologiczną pustynią. Z czasem wykształcił się tu ekosystem, który zaczął pełnić własne funkcje przyrodnicze.



„Analizy flory i fauny tego obszaru wykazały powstanie tutaj unikalnej mozaiki ekosystemów” – piszą Rostański, Rostański i Dulias.

Przez lata wytworzyła się tutaj właśnie ta niezwykła mozaika siedlisk. Woda, gleba, roślinność i ukształtowanie terenu tworzą system naczyń połączonych. Dlatego w takim miejscu woda nie jest technicznym szczegółem projektu budowlanego.


Woda jest jednym z warunków istnienia tego ekosystemu. Jeżeli zmieniamy stosunki wodne, nie zmieniamy jednego parametru w dokumentacji. Zmieniamy warunki, w których funkcjonuje cały teren.


Warto wrócić do początku moich rozważań. Pytania z którym zwróciłam się do Państwa, od którego zaczęłam. Do szuwarów. Nie dlatego, że są głównym bohaterem tej opowieści. Są jednym z widocznych elementów znacznie większego systemu.


Szuwary to roślinność związana z wodą i terenami podmokłymi. Taka roślinność może zatrzymywać zawiesiny, pobierać część substancji z wody i podłoża, stabilizować osady, tworzyć siedliska oraz uczestniczyć w naturalnych procesach samooczyszczania wód.

Nie przesądzam, jaką dokładnie funkcję w zatrzymywaniu konkretnych zanieczyszczeń pełni roślinność występująca na Ajsce.


To trzeba zbadać, zanim zmienimy warunki, dzięki którym ona tam istnieje.

I właśnie dlatego pytanie o dalszą zabudowę w kierunku Doliny Lipinki i zmianę zagospodarowania Ajski nie brzmi wyłącznie: Ile mieszkań można tutaj jeszcze wybudować?. Powinno brzmieć: Ile możemy zmienić, zanim przestanie istnieć to, co przez dziesięciolecia stworzyła tutaj przyroda?


Nie każdy „nieużytek” jest nieużytkiem


Czasami warto przeczytać pracę naukową o miejscu, które – wydawałoby się – znamy.

Zwłaszcza kiedy przez lata przyzwyczailiśmy się patrzeć na nie jak na kawałek ziemi pomiędzy osiedlami, drogami i pozostałościami przemysłu. Już sam tytuł publikacji Rostańskiego, Rostańskiego i Dulias jest znaczący.


Dolina Lipinki jako „wielowarstwowe świadectwo lokalnej tożsamości”.


Nie jako pusta przestrzeń. Nie jako ziemia czekająca na „zagospodarowanie”. Nie jako teren, na który wystarczy spojrzeć przez pryzmat ceny metra kwadratowego. A i ta tu budzi kontrowersje... Rok 2026, serce Aglomeracji - cena ok 80zł/m2....


Autorzy opisują miejsce znacznie bardziej skomplikowane. Przemysł przez dziesięciolecia zmieniał tutaj rzeźbę terenu i stosunki wodne. Zmieniały się fizyczne i chemiczne właściwości gleb oraz wód powierzchniowych. Człowiek ingerował w krajobraz, pozostawiając w nim kolejne warstwy swojej działalności.



Na Ajsce wydarzyło się coś niezwykle ciekawego. Przyroda zaczęła ten teren odzyskiwać.

Powstała mozaika ekosystemów, w której krajobraz poprzemysłowy, wojenny i naturalny nie istnieją obok siebie jak trzy oddzielne obrazki.


One są ze sobą powiązane.


I właśnie ta zależność jest jednym z najważniejszych elementów tej historii. Dolina Lipinki pokazuje coś, o czym w miastach poprzemysłowych wyjątkowo łatwo zapominamy:

to, co wygląda na nieuporządkowane, wcale nie musi być bezwartościowe. Czasem wręcz przeciwnie.


Teren pozostawiony przez przemysł może być jednocześnie trudnym dziedzictwem środowiskowym, zapisem historii kilku pokoleń mieszkańców i miejscem, w którym przez dziesięciolecia powstał nowy, skomplikowany ekosystem.



Kopalnie. Huty. Hałdy. Kolej. Wojna. Przemysłowy boom. Likwidacja przemysłu. Sukcesja przyrody. Nowe osiedla.


I właśnie dlatego słowo „rewitalizacja” zawsze powinno zaczynać się od słowa „wiedza”.

Najpierw trzeba wiedzieć, co znajduje się pod ziemią. Trzeba wiedzieć, jak płynie woda. Trzeba wiedzieć, jakie procesy zachodzą w glebie.


Trzeba wiedzieć, co żyje na powierzchni. Trzeba wiedzieć, dlaczego żyje właśnie tutaj. Dopiero potem można odpowiedzialnie zastanawiać się, co wolno w takim miejscu zmienić.


Dziś już wiem, że krajobraz poprzemysłowego Śląska nie jest czystą kartką papieru. Jest raczej palimpsestem – kartą zapisywaną wielokrotnie, na której pod najnowszą warstwą nadal możemy odczytać poprzednie. I człowiek, który przez cały ten czas mieszka pomiędzy nimi. To właśnie dlatego badania Ajski w tym Doliny Lipinki są dla mnie interesujące nie tylko z perspektywy przyrodniczej.


Są również opowieścią o Śląsku.


O regionie, w którym przez ponad sto lat najpierw pytaliśmy, co można z ziemi wydobyć, później – co można na niej wybudować, a zdecydowanie zbyt rzadko pytaliśmy: co już się na niej znajduje i jakie będą konsekwencje, jeżeli to zmienimy?


Dolina Lipinki nie potrzebuje romantyzowania. Jej przemysłowa przeszłość jest faktem. Antropogeniczne przekształcenia środowiska są faktem. Zmiany gleb, wód i hydrografii są przedmiotem badań naukowych. Ale faktem jest również życie, które przez dziesięciolecia nauczyło się funkcjonować w tym niezwykłym miejscu.


I może właśnie dlatego teren Ajski jest tak dobrym symbolem współczesnego Śląska. Nie jest ani „dziką przyrodą”, ani wyłącznie „terenem poprzemysłowym”.


Jest jednym i drugim.


Jest historią działalności człowieka i historią zdumiewającej zdolności przyrody do adaptacji.

Dlatego zanim kolejny fragment takiego krajobrazu potraktujemy jak pustą przestrzeń na mapie inwestycyjnej, warto zrobić jedną bardzo prostą rzecz.


Przeczytać, co już o nim wiemy.


Czasami największym problemem nie jest brak wiedzy. Największym problemem jest to, że dziś wiedza istnieje – ale przepisy dotyczące gromadzenia i upowszechniania informacji o stanie środowiska, służące m.in. realnemu przeciwdziałaniu zagrożeniom dla zdrowia publicznego, mało kogo interesują.


Polecam lekturę Konwencji z Aarhus, przepisów dotyczących dostępu do informacji o środowisku i jego ochronie, ale również literatury dotyczącej odpowiedzialności władzy publicznej.


C.d.n.



Źródło:


K. Rostański, A. Rostański, R. Dulias, The evolution of the Lipinka Valley brownfield site as a multi-layered testimony to local identity, „Landscape Online”, 2025, vol. 100, art. 1142, s. 1–28, DOI: 10.3097/LO.2025.1142.



 
 

Upadek miast postindustrialnych nie jest końcem ich historii, lecz momentem, w którym muszą zadać sobie pytanie o przyszłość.


Odpowiedź na to wyzwanie leży w odwadze społeczności lokalnej oraz osób i instytucji zarządzających. Losy Glasgow, Bilbao i Katowic to coś znacznie więcej niż kronika miejskiej rewitalizacji. To egzystencjalna opowieść o powtórnych narodzinach.


To moment, w którym miasto przestało być jedynie zbiorem murów, a stało się podmiotem podejmującym decyzję.

Wybiera, czy woli pozostać duchem nawiedzającym własne, postprzemysłowe ruiny, czy też odnajdzie w sobie odwagę, by utkać nową tożsamość i odmienić własne przeznaczenie.

Co łączy upadłą szkocką potęgę stoczniową, baskijskie miasto sparaliżowane kryzysem przemysłowym i śląską stolicę kojarzoną z kopalniami oraz hutniczym dymem?


Wszystkie stanęły wobec tego samego wyzwania: jak napisać swoją historię od nowa. W momencie kryzysu odmówiły pozostania jedynie „duchami nawiedzającymi własne postindustrialne ruiny”. Zamiast tego odnalazły w sobie odwagę, by wyrzeźbić nowe koryta rzek i popłynąć nurtem zwanym kulturą.


wiersz Iwony Szoka pt. Koronka
Iwona Szoka, krakowska "Hybryda" nr 48,

Mitologie regeneracji:


Lekcje z Glasgow i Bilbao, Glasgow jest jednym z klasycznych przykładów miast, których losy załamały się wraz z upadkiem przemysłu ciężkiego. Choć w XX wieku prężnie rozwijało się jako potęga stoczniowa, kryzys lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przyniósł gwałtowne tąpnięcie: masowe bezrobocie, degradację społeczną i wyludnienie. Miasto szybko zyskało złą sławę i stało się synonimem biedy, przestępczości i braku perspektyw.


Dla miejskich decydentów oraz lokalnej społeczności nadszedł czas trudnych wyborów.




Glasgow obrało nowy kierunek rozwoju, czyniąc kulturę swoim głównym fundamentem. Kampania „Glasgow’s Miles Better” była elementem zmiany narracji. Za komunikacją poszły konkretne działania: inwestycje w muzea i galerie, rozwój instytucji kultury, organizacja wydarzeń międzynarodowych oraz transformacja przestrzeni miejskiej.


Kluczowym momentem było przyznanie miastu tytułu Europejskiej Stolicy Kultury w 1990 roku, co znacząco przyspieszyło proces zmiany wizerunku miasta, ale co najważniejsze także,

tego jak same mieszkanki i mieszkańcy zaczęli postrzegać miejsce, w którym żyją.


Efekty nie pojawiły się natychmiast, ale okazały się trwałe. Miasto zaczęło opowiadać o sobie zupełnie nową historię, a w ślad za tymi słowami napłynęli ludzie : turyści spragnieni wrażeń, szukający wiedzy studenci i wreszcie inwestorzy. Najważniejsza transformacja dokonała się na poziomie tożsamości miasta. Dziś to jedno z trzech największych miast Wielkiej Brytanii ze swoimi blaskami i cieniami.


Nie jest pocztówkowo piękne jak Edynburg, ale w tym tkwi jego urok, bo będąc dalekie od ideału stało się bliższe ludziom.

Bilbao wybrało odmienną drogę, choć punkt wyjścia był podobny. Miasto przemysłowe oparte na przemyśle ciężkim i stoczniowym również doświadczyło głębokiego kryzysu lat osiemdziesiątych pogłębionego także z powodu napięć społecznopolitycznych wynikających z działalności baskijskiej organizacji ETA. Odpowiedź była odmienna od strategicznie wypracowanej kampanii promocyjnej Glasgow. Rząd Kraju Basków opracował plan rewitalizacji miasta i wyciągnięcia go z głębokiego kryzysu gospodarczego poprzez odważny projekt kulturalny, który zrewitalizuje zdegradowane obszary postindustrialne i zmieni negatywny wizerunek regionu. Decyzja o budowie Muzeum Guggenheima była kosztowna, ryzykowna i spektakularna. Stała się impulsem, który zmienił postrzeganie miasta w skali globalnej.


Zjawisko to nazwano „efektem Bilbao”, sytuacją, w której pojedyncza inwestycja potrafi wygenerować wzrost turystyki i napływ kapitału. Nie był to jednak wyłącznie efekt jednego budynku. Symbol uruchomił proces, ale to system zapewnił jego trwałość. Władze miasta zobowiązały się do pokrycia kosztów budowy, a następnie do wspierania działalności Muzeum 10 milionami dolarów rocznie na jego funkcjonowanie oraz pokrywanie kosztów zakupu kolejnych dzieł sztuki (Orzechowska Wacławska, 2014).


To, co różni Glasgow i Bilbao, to nie ostateczny cel, lecz metoda jego realizacji. Choć oba miasta wybrały inne drogi, napędzał je ten sam mechanizm - kultura podniesiona do rangi strategii rozwoju miasta. Glasgow to proces rozłożony w czasie, oparty na zmianie narracji i tożsamości. Bilbao to punkt zwrotny, to impuls, który inicjuje transformację poprzez jeden konkretny symbol. W obu przypadkach kluczowa była świadoma i konsekwentna strategia, oparta na wspólnym mianowniku, którym była kultura jako inwestycja w przyszłość miasta.



Śląski akord: Architektura i kultura zamiast węgla


W kontekście transformacji miasta szczególnie intrygującym przykładem stają się Katowice. Śląska stolica moment kluczowych decyzji ma już za sobą, od początku XXI wieku buduje własną tożsamość, łącząc transformację społeczno-ekonomiczno-kulturową z ambicjami metropolitalnymi.


Choć Katowice reprezentują kolejny wariant postindustrialnego odrodzenia, od Glasgow i Bilbao różni je niemal wszystko: epoka, specyfika ciężkiego przemysłu oraz lokalna historia, ale również wyjątkowa struktura aglomeracyjna, będąca mozaiką wielu miast połączonych niemal nieprzerwaną tkanką miejską, gdzie granice administracyjne pozostają często niewidoczne dla mieszkańców i odwiedzających.


Tutejsza przemiana oparta na triadzie kultury, architektury i wielkich wydarzeń nie jest dziełem przypadku, lecz efektem konsekwencji w realizacji planów i działań. Centralnym punktem miejskiej metamorfozy stała się Strefa Kultury. To tu dawna przestrzeń przemysłowa została zaaranżowana na nowo, skupiając unikalną konstelację obiektów. Otwiera ją 55 letni Spodek ikona modernizmu, do dziś zachwycająca nie tylko architektów. Je go naturalnym przedłużeniem stało się Międzynarodowe Centrum Kongresowe, tętniące życiem jako przestrzeń globalnych spotkań i targów. Tuż obok wznosi się gmach Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, subtelnie dialogujący z tradycją śląskiego Nikiszowca poprzez

swoją monumentalną architekturę oraz Muzeum Śląskie, które z rzadką elegancją łączy industrialne dziedzictwo z nowoczesnym minimalizmem, chowając swoje najważniejsze galerie pod ziemią. Żaden z tych punktów nie istnieje sam dla siebie. Razem tworzą system naczyń połączonych, w którym architektura wspiera kulturę, a kultura zmienia miasto. Owa sieć inwestycji przekształca tkankę miejską, pulsując w tym samym rytmie, co rozwijający się wokół region.


Katowice stają się więc jasną gwiazdą transformacji postindustrialnej. Strefa Kultury stała się sercem życia kulturalnego i biznesowego miasta, a ze względu na swoją architektoniczną specyfikę wymusza fizyczną w niej obecność, co buduje siłę marki Katowic i całego regionu. Katowice, łącząc konsekwencję procesu zmiany z siłą symboli, w warunkach kryzysu demograficznego zaczynają wyróżniać się jako przestrzeń, do której przyjeżdża się dla doświadczania kultury we wszystkich jej dziedzinach.


C.d.n.


Fragment artykuły którego całość znajdą Państwo w krakowskim magazynie "Hybryda" nr 48.



 
 
bottom of page