top of page

Czy publiczne rejestry pokazują prawdę o skażeniu środowiska?


Pyta Iwona Szoka


Ile warte jest urzędowe zapewnienie, jeżeli ten sam organ najpierw informuje, że cztery działki figurują w dwóch rejestrach dotyczących zanieczyszczeń i szkód w środowisku, a następnie tłumaczy, że był to „błąd redakcyjny”? I to nie w ramach autorefleksji, a w obliczu wniosków i drążenia tematu przez FOU.


I co ma zrobić mieszkaniec, kiedy odesłany przez RDOŚ po wiarygodną informację do państwowego GeoSerwisu nie znajduje tam odpowiedniego oznaczenia nawet dla hałdy Kalina — historycznego wysypiska toksycznych odpadów, którego silne skażenie wielokrotnie opisywano na przestrzeni dekad przez naukowców i instytucje publiczne, również w dokumentacji przygotowanej dla samego miasta, stanowiącej podstawę ubiegania się o unijne miliony na przetworzenie i neutralizację toksyn tego historycznego wysypiska odpadów poprzemysłowych?


Wyniki badań dotyczące tego terenu przekazywałam również osobiście RDOŚ w ciągu ostatnich miesięcy.


Warto dodać, że mówimy o historycznym składowisku odpadów poprzemysłowych po Państwowych Zakładach Chemicznych Hajduki, związanych m.in. z destylacją smoły oraz produkcją farb i lakierów. Składowisko to leży w samym sercu metropolii śląskiej, pomiędzy osiedlami Świętochłowic i Chorzowa, w bezpośrednim sąsiedztwie domów, mieszkań, placów zabaw, boisk i ścieżek spacerowych.


Dokumentacja dotycząca tego terenu wskazuje w tym środowisku m.in. fenole, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne (WWA) oraz substancje z grupy BTEX. Wśród opisanych zanieczyszczeń znajdują się związki lotne i półlotne, a dokumentacja wskazuje również na toksyczne, mutagenne i rakotwórcze właściwości części tych substancji oraz ich potencjalny wpływ na rozrodczość, a także negatywny wpływ na system hormonalny.


O takiej skali problemu mówimy.


Staw Kalina oraz po prawej stronie hałda Kalina - historyczne wysypisko odpadów wysokotoksycznych po zakładach Hajduki,  zrzut z ekranu z 20 września 2026
Staw Kalina oraz po prawej stronie hałda Kalina - historyczne wysypisko odpadów wysokotoksycznych po zakładach Hajduki, zrzut z ekranu z 20 września 2026

Po drugiej stronie miasta — Ajska, Dolina Lipinki i hałda Kopyto. I podobnie porażające są dane oraz brak informacji o skażeniu w rejestrach publicznych. Badania Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego (PIG-PIB) wykazały w powierzchniowej glebie w rejonie hałdy Kopyto 5 288 mg/kg arsenu, a w najbardziej zanieczyszczonych glebach tego rejonu do 16 110 mg/kg ołowiu. W osadach zbiornika Ajska odnotowano 12 100 mg/kg ołowiu i 170 mg/kg kadmu.


Odnosząc te wartości do dopuszczalnych poziomów dla powierzchniowej gleby na terenach grupy I — obejmujących m.in. tereny mieszkaniowe i zieleń urządzoną, czyli w poprzedniej nomenklaturze m.in. parki, skwery, place zabaw i tereny sportowe — arsen w rejonie hałdy Kopyto przekracza tę wartość o 21 052%, a ołów o 7 955%. Dla zobrazowania skali skażenia osadów zbiornika Ajska: stężenie ołowiu jest o 5 950% wyższe od wartości dopuszczalnej dla powierzchniowej gleby grupy I, a kadmu — o 8 400%.


Ajska - Lipiny:  w tym m.in. Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy Dolina Lipinki,  z hałdą Kopyto oraz Osiedle Nowy Paryż (realizacja firmy Xanakis, w tym na terenach niezrekultywowanej hałdy)
Ajska - Lipiny: w tym m.in. Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy Dolina Lipinki, z hałdą Kopyto oraz Osiedle Nowy Paryż (realizacja firmy Xanakis, w tym na terenach niezrekultywowanej hałdy)

To wyniki dotyczące konkretnych miejsc, nie każdej działki w okolicy. Ale właśnie dlatego trzeba ustalić zasięg skażenia, zanim rozstrzygnie się, gdzie mogą zamieszkać kolejni ludzie.

Tymczasem miasto sprzedaje tereny Ajski, a my próbujemy ustalić, dlaczego informacje organu ochrony środowiska są ze sobą sprzeczne.


Proszę przez chwilę pomyśleć o człowieku, który chce tutaj kupić dom. O rodzinie, która już mieszka obok. Czy naprawdę mają sami dotrzeć do opracowań geochemicznych, porównać urzędowe pisma i odkryć, że obraz miejsca, który im przedstawiono, wymaga zasadniczych wyjaśnień?

Od czego wobec tego mamy instytucje ochrony środowiska?

W poprzednim tekście o Ajsce napisałam, że czasami największym problemem nie jest brak wiedzy. Wiedza istnieje. Dziś pytam, dlaczego tak trudno odnaleźć ją w działaniach tych, którzy powinni z niej korzystać.


W dokumentacji toksyny. Na mapie teren „nie jest skażony”?


Skąd te zrzuty z ekranu? Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Katowicach odesłała Fundację Opus Unicus do GeoSerwisu Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. To tam mieliśmy sprawdzić tereny aktualnie wpisane do rejestru historycznych zanieczyszczeń powierzchni ziemi oraz rejestru szkód w środowisku.


Zajrzeliśmy więc do wskazanej warstwy: „Szkody i zanieczyszczenia środowiska”.

Na mapie odnajdujemy Staw Kalina. Ten sam, o którym pisano jako o „bombie ekologicznej”, kiedy przedostające się z hałdy toksyny skaziły teren wokół stawu, wody gruntowe oraz wodę w stawie i zatruwały życie okolicznym mieszkańcom.


Tę historię wielu z nas pamięta. Nie z gazet. Z własnych domów, z zamykanych okien, z zapachu, przed którym trudno było uciec. Nie chodziło wyłącznie o nieprzyjemny zapach, lecz o narażenie nas i naszych bliskich na toksyczne substancje, w tym fenole.


Zanieczyszczenie stawu oznaczono. Zalegającej tuż obok hałdy — historycznego wysypiska toksycznych odpadów po Zakładach Chemicznych Hajduki, będącego źródłem skażenia — analogicznie już nie.


Czy mamy rozumieć, że problem kończy się na brzegu stawu?


To przykład rażącej rozbieżności między rzeczywistością a publicznie gromadzoną i udostępnianą informacją o stanie środowiska.


Nasuwa się zasadnicze pytanie: dlaczego więc mieszkaniec, skierowany przez organ ochrony środowiska do oficjalnego źródła informacji, nie widzi na mapie odpowiedniego oznaczenia w miejscu tak bardzo skażonym?

Spróbujmy spojrzeć na to oczami człowieka, który nie przeczytał dokumentacji i wyników badań hałdy przy Stawie Kalina. Mieszka obok albo zastanawia się nad zakupem mieszkania. Chce wiedzieć, z czym wiąże się życie w tym miejscu, więc pyta właściwy organ. Dostaje adres państwowego serwisu. Otwiera mapę.


Skąd ma wiedzieć, czego na niej nie pokazano?


Przecież właśnie dlatego zwrócił się do instytucji ochrony środowiska, że sam tego nie wie. Nie szukał zagadki do rozwiązania. Szukał wiarygodnej informacji. Oczywiście dziś już ja wiem, że brak oznaczenia nie jest dowodem braku skażenia. Lecz czy osoba widząca miejsca oznaczone jako skażone, zanieczyszczone, nie odbiera miejsc nieoznaczonych jako nieskażonych? Czy instytucje państwowe zadbały o to, żeby człowiek korzystający ze wskazanego źródła rozumiał tę różnicę i wiedział, gdzie uzyska pełną informację? I w końcu: gdzie może ją uzyskać bez konieczności prowadzenia samodzielnie wielomiesięcznego śledztwa w sprawie informacji o stanie środowiska?


Przejdźmy na drugą stronę miasta — LIPINY


Na Ajsce, w dzielnicy Lipiny, przyroda przez dziesięciolecia odzyskiwała skażony teren pozostawiony przez przemysł. Wyrosły drzewa, rozwinęły się szuwary, powstała opisywana przez naukowców mozaika ekosystemów. Można zobaczyć zieleń i pomyśleć, że najgorsze mamy już za sobą.


Tyle że przyroda odradza się tutaj na przemysłowych pozostałościach. Ich składu nie poznamy, patrząc na liście ani zachwycając się bioróżnorodnością.


Dlatego warto zajrzeć do badań.


PIG-PIB opisał zanieczyszczenia tego rejonu w opracowaniu „Szczegółowa mapa geochemiczna Górnego Śląska. Arkusz Chorzów” z 2016 roku. W powierzchniowej warstwie gleby w rejonie hałdy Kopyto stwierdzono 5 288 mg/kg arsenu. Najbardziej zanieczyszczone gleby tego rejonu zawierały do 16 110 mg/kg ołowiu i 36 930 mg/kg cynku.

W osadach zbiornika Ajska przy ul. Lotniczej odnotowano między innymi 12 100 mg/kg ołowiu, 45 360 mg/kg cynku, 1 320 mg/kg arsenu i 170 mg/kg kadmu.


Oczywiście wyniki badań mogą różnić się w zależności od miejsca, daty oraz pobranej próbki. Jednak dla wskazanych wyżej wartości, odnosząc je analogicznie do wcześniej wskazanych poziomów dopuszczalnych, skala jest następująca: w rejonie hałdy Kopyto arsen przekracza tę wartość o 21 052%, ołów o 7 955%, a cynk o 7 286%. W przypadku osadów zbiornika Ajska stężenie ołowiu jest o 5 950% wyższe, cynku o 8 972%, arsenu o 5 180%, a kadmu o 8 400%.


To wartości, które uzasadniają przebadanie terenów przyległych przed przeznaczeniem ich pod zabudowę mieszkaniową. Tymczasem z pisemnego oświadczenia Prezydenta Miasta wynika, że tereny te nie zostały przez Miasto przebadane. Mimo to zostały wystawione na sprzedaż.


To dane dotyczące konkretnych miejsc i różnych elementów środowiska. Nie oznaczają, że na każdym metrze Ajski występują takie same stężenia. Oznaczają jednak, że zanieczyszczenie tego rejonu zostało zbadane i opisane. Dziesięć lat temu.


Zaglądając do map, do których odsyła FOU Regionalna Dyrektor Ochrony Środowiska, możemy spodziewać się, że naszym oczom ukażą się stosowne oznaczenia terenu. Jednak nic bardziej mylnego. Oznaczeń brak.


Nie odkrywamy dziś, że działała tu huta. Nie zgadujemy, co mogła po sobie pozostawić. Państwowa instytucja wykonała badania i opublikowała wyniki, które powinny mieć znaczenie dla sposobu zagospodarowania tej przestrzeni oraz ochrony ludzi.


Co więcej, sami autorzy opracowania wskazują, że zgromadzone informacje mogą być wykorzystywane między innymi przy opiniowaniu projektów miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, prowadzeniu postępowań dotyczących decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach, wydawaniu pozwoleń wodnoprawnych oraz ocenie zagrożeń dla środowiska gruntowo-wodnego.


A więc również wtedy, gdy rozstrzyga się, co na tym terenie i w jego pobliżu może powstać i na jakich warunkach.


Czy tę wiedzę wykorzystano, zanim zaczęto planować przyszłość tego miejsca? Czy ktoś zestawił pomysł tworzenia osiedla mieszkalnego i kolejne plany zabudowy z wynikami badań ziemi, na której mają zamieszkać ludzie?


Do tych danych wracał w 2023 roku Krzysztof M. Rostański w pracy „Silnie skażone tereny poprzemysłowe jako potencjalne miejsca rekreacji”. Już sam tytuł powinien skłonić do uważnej lektury każdego, kto chce decydować o przyszłości tego miejsca.

W zestawieniu autora zawartość arsenu w gruntach zadrzewionych odpowiadała około 106-krotności przyjętej wartości porównawczej. Ołowiu — ponad 32-krotności, cynku — niemal 37-krotności.


Czy przy takich danych naprawdę to mieszkańcy czy NGO-sy powinni przekonywać instytucje ochrony środowiska i zdrowia, że trzeba się temu przyjrzeć?


Dzieci nie bawią się w rejestrze


W 2025 roku Grzegorz Dziubanek i współautorzy opublikowali badania dotyczące zanieczyszczenia gleb w miejscach użytkowanych przez dzieci, między innymi w Świętochłowicach-Lipinach. Badano tereny szkół, parków, placów zabaw, boisk i innych miejsc rekreacji.


Wśród 23 próbek z Lipin maksymalne zawartości wyniosły 24,51 mg/kg kadmu, 850,20 mg/kg ołowiu i 4 616,60 mg/kg cynku. Odnosząc te wartości do wcześniej wskazanych poziomów dopuszczalnych, oznacza to przekroczenie o 1 125,5% w przypadku kadmu, 325,1% w przypadku ołowiu oraz 823,32% w przypadku cynku. Autorzy wskazali na ryzyko zdrowotne związane z pozapokarmowym narażeniem dzieci na ołów, szczególnie tych najmłodszych.


Lipiny: m.in. przebadane place zabaw i boiska szkolne, na których wykazano skażenie, bez odpowiedniego oznaczenia w publicznych mapach i rejestrach prowadzonych przez państwowe organy ochrony środowiska, na których spoczywa obowiązek gromadzenia i udostępniania informacji o stanie środowiska — właśnie po to, aby przeciwdziałać skutkom narażenia i ograniczać możliwe szkody.
Lipiny: m.in. przebadane place zabaw i boiska szkolne, na których wykazano skażenie, bez odpowiedniego oznaczenia w publicznych mapach i rejestrach prowadzonych przez państwowe organy ochrony środowiska, na których spoczywa obowiązek gromadzenia i udostępniania informacji o stanie środowiska — właśnie po to, aby przeciwdziałać skutkom narażenia i ograniczać możliwe szkody.

To odrębne badanie, dotyczące innych punktów niż historyczne wyniki dla hałdy Kopyto i zbiornika Ajska. To badania miejsc zamieszkałych przez ludzi i przeznaczonych dla dzieci. Nie należy ich mieszać. Warto natomiast dostrzec, co je łączy: przemysłowa przeszłość tej części miasta nadal ma znaczenie dla warunków, w których żyją ludzie. Jak również to, że i te tereny nie są oznaczone przez państwowe instytucje ochrony środowiska jako tereny skażone na mapach, do których RDOŚ odsyła.


Dziecko nie wie, czy teren wpisano do rejestru. Nie sprawdzi historii działki, zanim usiądzie na ziemi. Rodzic również nie rozpozna ołowiu po wyglądzie trawnika. Wydaje się jednak, że RDOŚ, WIOŚ czy prezydent miasta, będący organem ochrony środowiska — o czym mało kto wie — już wiedzieć powinni. Na organach władzy publicznej spoczywają bowiem obowiązki gromadzenia i udostępniania informacji o stanie środowiska, odpowiednio do ich kompetencji. Zatem, gdy spoglądam na mapę GeoSerwisu i warstwy mówiące o skażeniu terenów, pytam: czy rzetelnie wykonali swoje obowiązki? Ciśnie mi się na usta odpowiedź: nie.


Właśnie dlatego potrzebujemy sprawnie działających instytucji. Takich, które potrafią połączyć wyniki badań z miejscem na mapie i wyjaśnić mieszkańcom, co z tych wyników wynika. Gdzie konieczne jest dalsze rozpoznanie, co wiadomo, a czego jeszcze nie ustalono.

Nie dla sztuki przetwarzania danych, a dla bezpieczeństwa mieszkańców, w szczególności gdy według danych GUS za 2024 rok nowotwory były przyczyną 27,6% zgonów w Świętochłowicach. Liczba zgonów z powodu nowotworów na 100 tys. mieszkańców wynosiła 351,7, wobec 293,6 w Polsce — była więc o blisko 20% wyższa od średniej krajowej. Dane te same w sobie nie rozstrzygają o przyczynach tej różnicy.

Warto przypomnieć przy tej okazji, iż według zaktualizowanej analizy WHO dla danych za 2016 rok 24% wszystkich zgonów na świecie oraz 28% zgonów dzieci poniżej 5. roku życia przypisywano modyfikowalnym czynnikom środowiskowym. Prościej — poprawa warunków środowiskowych może zapobiegać chorobom i zgonom, między innymi przez ograniczanie narażenia ludzi na skażoną glebę i powietrze zawierające toksyczne, w tym rakotwórcze substancje.


Na obrazie GeoSerwisu zakwestionowanym przez Fundację nie znajdujemy oznaczeń odpowiadających udokumentowanemu problemowi Ajski–Doliny Lipinki i rejonu hałdy Kopyto. Oznaczeń przebadanych placów zabaw oraz boisk szkolnych również.

Co więc ma pomyśleć człowiek, którego właśnie tam odesłano po informację?


Cztery działki. Dwa rejestry. „Błąd redakcyjny”


W ręce Fundacji trafiła również interesująca korespondencja w sprawie czterech działek leżących w Lipinach, a konkretnie na osiedlu Nowy Paryż i przy nim, przy doskonale przebadanej Dolinie Lipinki. RDOŚ najpierw przekazała informację, że figurują one w dwóch rejestrach dotyczących zanieczyszczeń i szkód w środowisku. Następnie poinformował, że wcześniejsza odpowiedź była wynikiem „błędu redakcyjnego”.


Można pomylić cyfrę, przestawić znaki, popełnić tak zwany czeski błąd. Ale tutaj informacja dotyczyła czterech różnych działek — 3298, 3116/175, 3446 i 3444 — oraz ich obecności w dwóch odrębnych rejestrach. Dlatego sprowadzenie całej tej rozbieżności do „błędu redakcyjnego” brzmi dla mnie co najmniej mało przekonująco.


W szczególności gdy nie jest tajemnicą prowadzona przez władze Świętochłowic sprzedaż terenów Ajski, której determinację trudno mi już określić inaczej niż jako desperacką. Dwie z wymienionych działek — 3444 i 3446 — znalazły się w rokowaniach dotyczących sprzedaży nieruchomości przy ul. Lotniczej.

W takim kontekście wiarygodność informacji o ich statusie wymaga szczególnej staranności. Ta odpowiedź może przecież trafić do mieszkańca, nabywcy, projektanta albo osoby podejmującej decyzję o przyszłym zagospodarowaniu terenu.

Nie chodzi o to, jak zapisano informację. Chodzi o to, że przekazano informację o przeciwnym znaczeniu.


Co sprawdzono, zanim potwierdzono obecność czterech nieruchomości w rejestrach? I co sprawdzono, zanim przekazano informację przeciwną? Ba, refleksja o „błędzie redakcyjnym” nie przyszła sama w szeregach RDOŚ. Była wynikiem zgłębiania tematu przez FOU, działającą w tym przypadku na rzecz ekologii.


Chcemy zobaczyć dane źródłowe, historię wpisów i dokumenty, na których oparto obie odpowiedzi. Chcemy wiedzieć, czy zweryfikowano wcześniejsze numery działek oraz nieruchomości, z których je wydzielono.


Ziemia nie zmienia swojego składu chemicznego wraz ze zmianą numeru ewidencyjnego. A sprostowanie pisma nie zastępuje rozpoznania tego, co znajduje się w gruncie.

Nie twierdzę, że sama sprzeczność pism dowodzi wykreślenia nieruchomości z rejestrów. Domagam się ustalenia ich rzeczywistej historii. Cztery działki i dwa rejestry to wystarczający powód, żeby oczekiwać udokumentowanego wyjaśnienia. W szczególności gdy mówimy o terenach będących częścią niezrekultywowanej hałdy, o czym możemy przeczytać na oficjalnych stronach Urzędu Miejskiego w Świętochłowicach.


Prawo do informacji nie jest uprzejmością urzędu


Warto w tym miejscu otworzyć Konstytucję.


Art. 74 ust. 3 przyznaje każdemu prawo do informacji o stanie i ochronie środowiska. Ustęp 1 tego samego artykułu zobowiązuje władze do prowadzenia polityki zapewniającej bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom, a ustęp 2 ustanawia ochronę środowiska obowiązkiem władz publicznych.


Art. 74 ust. 4 zobowiązuje władze publiczne do wspierania działań obywateli na rzecz ochrony środowiska i poprawy jego stanu.

Czyli kiedy mieszkańcy pytają o toksyny, nie "przeszkadzają urzędowi w pracy". Upominają się o sprawę, którą Konstytucja powierzyła jego trosce.


Międzynarodowa Konwencja z Aarhus rozwija te zasady. Art. 4 ust. 1 dotyczy udostępniania informacji o środowisku na żądanie, bez konieczności wykazywania przez wnioskodawcę interesu w sprawie. Art. 5 ust. 1 lit. a przewiduje gromadzenie i uaktualnianie informacji przez władze publiczne odpowiednio do pełnionych funkcji.


Art. 5 ust. 2 wymaga przejrzystości udostępniania informacji i ich rzeczywistej dostępności. Obejmuje również wyjaśnianie społeczeństwu, jaki rodzaj i zakres informacji znajduje się w posiadaniu organów. Natomiast art. 5 ust. 1 lit. c przewiduje, w razie bezpośredniego zagrożenia zdrowia ludzi lub środowiska, bezzwłoczne przekazywanie zagrożonej społeczności posiadanych informacji, które mogą pomóc zapobiec szkodzie lub ją ograniczyć.


Ten ostatni przepis odnosi się do bezpośredniego zagrożenia. Pokazuje jednak szczególnie wyraźnie, czemu informacja środowiskowa ma służyć: ma pozwolić człowiekowi zareagować, kiedy reakcja może jeszcze coś zmienić. Ochronić życie i zdrowie ludzi oraz środowisko. Nie dopiero wyjaśnić mu po czasie, na co był narażony.

Obowiązki mają konkretnych adresatów i źródła nie tylko w Konstytucji czy umowach międzynarodowych


W polskim prawie art. 8 ust. 1 ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie nakłada na władze obowiązek udostępniania informacji znajdujących się w ich posiadaniu lub dla nich przeznaczonych, z ustawowymi ograniczeniami. Ustęp 2 zobowiązuje do udzielania niezbędnej pomocy i wskazówek przy ich wyszukiwaniu.


Art. 9 ust. 1 pkt 1, 2 i 6 obejmuje informacje o stanie elementów środowiska, emisjach i zanieczyszczeniach oraz o zdrowiu, bezpieczeństwie i warunkach życia ludzi w zakresie oddziaływania czynników środowiskowych. Co jest niezwykle ciekawe, gdyż od 17 czerwca FOU nie może otrzymać informacji o stężeniach takich substancji jak WWA, BTEX i fenol w powietrzu przy instalacji napowietrzającej skażony Staw Kalina, wokół którego władze miasta Świętochłowice urządziły ścieżki spacerowe, place zabaw i boiska oraz organizują wydarzenia miejskie, również dla dzieci i seniorów. Widuję tam również kobiety w ciąży i noworodki.


Ustawa o ochronie przyrody również nie pozostawia tych spraw dobrej woli administracji. Art. 4 ust. 1 ustanawia obowiązek dbałości o przyrodę, ustęp 2 nakazuje organom zapewniać warunki prawne, organizacyjne i finansowe jej ochrony, a ustęp 3 zobowiązuje między innymi administrację do prowadzenia działalności informacyjnej w tej dziedzinie.


Co szczególnie istotne dla Ajski i Doliny Lipinki czy terenów u podnóża toksycznej „hałdy Kalina”, art. 3 pkt 1 tej ustawy przewiduje uwzględnianie wymagań ochrony przyrody w dokumentach planistycznych, w tym planach ogólnych gmin i miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego, oraz w działalności gospodarczej i inwestycyjnej.


Ochrona przyrody nie zaczyna się więc dopiero przy ustawianiu tablicy z nazwą chronionego obszaru. Powinna być obecna również wtedy, gdy planuje się, co powstanie w jego otoczeniu i jakie zmiany przyniesie inwestycja.


Z kolei art. 101d ust. 1 Prawa ochrony środowiska powierza identyfikację potencjalnych historycznych zanieczyszczeń powierzchni ziemi staroście. W mieście na prawach powiatu zadanie to wykonuje prezydent miasta. A ten — Daniel Beger — mimo sprzeciwu mieszkańców, mimo apeli naukowców i działań ministerstwa na rzecz ochrony środowiska sprzedaje tereny w rejonie potencjalnych skażeń pod zabudowę mieszkaniową.


Dlatego pytamy, jakie informacje zebrano, jakie opracowania przeanalizowano i do jakich ustaleń doprowadziły.


W Świętochłowicach mam wrażenie, że brak badania staje się dowodem na brak szkodliwości. Co w mojej ocenie jest skandaliczne. A i samo istnienie badania jeszcze nikogo, jak widać, nie chroni. Ktoś musi wykorzystać jego wyniki przy wykonywaniu swoich obowiązków. A podział kompetencji między urzędy powinien prowadzić do wyjaśnienia sprawy, nie pozostawiać mieszkańca pomiędzy sprzecznymi odpowiedziami.


I dlatego pytamy dalej


Fundacja Opus Unicus wystąpiła o wyjaśnienie rozbieżności, podstaw danych prezentowanych w GeoSerwisie oraz czynności weryfikacyjnych podjętych przez RDOŚ. O sprawie powiadomiliśmy między innymi Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska, Minister Klimatu i Środowiska, Wojewodę Śląskiego oraz Marszałka Województwa Śląskiego.

Liczymy na to, że instytucje na wszystkich szczeblach — od miejskiego, przez wojewódzki, po centralny — wyjaśnią nam te, w naszej ocenie, rażące rozbieżności w informacjach dotyczących stanu środowiska.


Rażące również dlatego, że ich konsekwencje mogą dotyczyć zdrowia i życia mieszkańców. Na podstawie takich informacji planuje się przecież zabudowę, podejmuje decyzje o ingerencji w teren, kupuje nieruchomości i wybiera miejsce życia własnej rodziny.

Jeżeli informacja pomija udokumentowane zanieczyszczenia albo pozostawia człowieka z mylnym obrazem sytuacji, może pozbawić go możliwości uniknięcia zagrożenia.


W mojej ocenie przedstawiony sposób informowania mieszkańców nie realizuje należycie obowiązku rzetelnego informowania o stanie środowiska. Oczekujemy wyjaśnienia opartego na dokumentach, wskazania przyczyn rozbieżności i odpowiedzialności za ich powstanie. A tam, gdzie dane okażą się błędne lub niepełne — ich sprostowania i uzupełnienia.

Zanim na podstawie tego, czego mieszkańcom nie powiedziano, zapadną kolejne decyzje.


Wracam więc do pytania, od którego zaczęłam.


Wiedza istnieje. Są badania, dokumenty, przepisy i instytucje powołane do ich wykonywania. Dlaczego zatem to mieszkańcy muszą odnajdywać te informacje, zestawiać je ze sobą i zanosić do urzędów z pytaniem, czy ktoś je uwzględnił?


My wykonujemy tę pracę społecznie, bo chodzi o miejsce naszego życia.

Ale kto wykonał pracę, za którą odpowiada służbowo?


I kto odpowie za jej niewykonanie, jeżeli człowiek, który zaufał urzędowej informacji, dowie się o zagrożeniu dopiero wtedy, gdy będzie już za późno, żeby go uniknąć?


wiersz Iwony Szoka pt. Koronka
Czy mamy odwagę spojrzeć prawdzie w oczy? Iwona Szoka, foto Joanna Nowicka

I tu zaczyna się rzecz najważniejsza.


Czy mamy odwagę spojrzeć na nasz system ochrony środowiska obiektywnie i przyznać, że nie działa? Bo jeśli mamy do czynienia z substancjami, wśród których znajdują się związki o naukowo potwierdzonych właściwościach mutagennych i rakotwórczych, a urzędy nie informują o związanych z nimi zagrożeniach, to znaczy, że coś po drodze poszło w złą stronę.


Olbrzymią wagę ma tu art. 12 ust. 2 pkt 2 ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko.




Przepis ten przewiduje udostępnianie „bez pisemnego wniosku” — w przypadku klęski żywiołowej, innej katastrofy naturalnej, awarii technicznej lub innego bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia ludzi lub środowiska, spowodowanego działalnością człowieka lub przyczynami naturalnymi — informacji znajdujących się w posiadaniu władz publicznych lub dla nich przeznaczonych, które umożliwiają osobom mogącym ucierpieć podjęcie działań w celu zapobieżenia szkodom albo zminimalizowania ich rozmiaru.


Oczywiście sformułowanie „bez pisemnego wniosku” nie oznacza automatycznie „bez jakiegokolwiek wniosku”. Ale ustawodawca potraktował takie informacje w sposób szczególny. Co więcej, zgodnie z art. 14 ust. 4, jeżeli wniosek dotyczący informacji, o których mowa w art. 12 ust. 2 pkt 2, zostanie złożony, informacje te udostępnia się w dniu złożenia wniosku.


I właśnie dlatego odsyłanie osoby pytającej o zagrożenie do danych, które budzą poważne wątpliwości co do swojej kompletności i rzetelności, bez przekazania informacji o znanych organom potencjalnych zagrożeniach, jest czymś znacznie poważniejszym niż zwykły problem z komunikacją urzędu.


Zwłaszcza że mówimy o informacjach, których ustawowym celem jest umożliwienie zagrożonym osobom podjęcia działań, aby zapobiec szkodzie albo ograniczyć jej rozmiar.


I to jest zasadnicze dla naszej sprawy. Zarówno historyczne wysypisko odpadów poprzemysłowych, dziś nazywane hałdą Kalina, jak i tereny Ajski skażone w wyniku działalności huty cynku i kopalni stanowią w mojej ocenie bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi narażonych na kontakt z obecnymi tam toksynami. Istnieją przy tym liczne badania i opracowania dokumentujące zanieczyszczenia, w tym dokumenty przygotowane dla samych władz publicznych. O udostępnienie informacji występowała również Fundacja Opus Unicus.


Nie widzę jednak, by instytucje należycie wypełniały obowiązek udostępniania mieszkańcom informacji pozwalających zapobiegać szkodom lub ograniczać ich skutki. Jeżeli organy uważają, że opisane zagrożenie nie ma charakteru bezpośredniego, oczekuję wskazania badań i ustaleń, na których opierają tę ocenę.


Człowiek musi wiedzieć o zagrożeniu wtedy, kiedy może go jeszcze uniknąć.

A ładne — nie znaczy zdrowe...



C.d.n.



źródła:


Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej


Konwencja z Aarhus


Prawo ochrony środowiska


Ustawa o ochronie przyrody


Ustawa o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko


A. Pasieczna (red.), J. Fajfer, K. Strzemińska, „Szczegółowa mapa geochemiczna Górnego Śląska w skali 1:25 000. Arkusz Chorzów M-34-62-B-b”, Państwowy Instytut Geologiczny – Państwowy Instytut Badawczy, Warszawa 2016, ISBN 978-83-7863-657-1.


K. M. Rostański, „Silnie skażone tereny poprzemysłowe jako potencjalne miejsca rekreacji”, „Rozwój Regionalny i Polityka Regionalna” 2023, nr 64, s. 35–56, DOI: 10.14746/rrpr.2023.64.04.


G. Dziubanek, J. Furman, D. Rogala, K. Gut-Pietrasz, M. Ćwieląg-Drabek, M. Rusin, J. Domagalska, A. Piekut, R. Baranowska, A. Niesler, W. Osmala-Kurpiewska, „Health Risk for Non-Dietary Children’s Exposure to Heavy Metals in Postindustrial Areas in Upper Silesia, Poland”, „Toxics” 2025, t. 13, nr 5, art. 377, DOI: 10.3390/toxics13050377.


K. Rostański, A. Rostański, R. Dulias, „The evolution of the Lipinka Valley brownfield site as a multi-layered testimony to local identity”, „Landscape Online” 2025, t. 100, art. 1142, DOI: 10.3097/LO.2025.1142.


Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, GeoSerwis, warstwa „Szkody i zanieczyszczenia środowiska”, https://geoserwis.gdos.gov.pl/mapy/, dostęp: 20.09.2026 r.


Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Katowicach, pismo z dnia 14 września 2026 r., znak WSI.402.461.2026.EJ.1.


Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Katowicach, pismo z dnia 15 września 2026 r., znak WSI.402.481.2026.EJ.1.


Fundacja Opus Unicus, pismo z dnia 22 września 2026 r. do Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Katowicach — wniosek o udostępnienie informacji o środowisku i jego ochronie oraz informacji publicznej, dotyczący podstaw danych prezentowanych w GeoSerwisie GDOŚ w odniesieniu do hałdy przy Stawie Kalina i terenu Ajski–Doliny Lipinki oraz czynności weryfikacyjnych podjętych przez RDOŚ.


Główny Urząd Statystyczny, dane demograficzne i dane dotyczące zgonów za 2024 r., w tym „Rocznik Demograficzny 2025”.


World Health Organization, „Preventing disease through healthy environments: a global assessment of the burden of disease from environmental risks” oraz zaktualizowane dane dotyczące obciążenia zdrowotnego czynnikami środowiskowymi za 2016 r.

World Health Organization, „Children’s environmental health” — dane dotyczące obciążenia zdrowotnego dzieci czynnikami środowiskowymi.


Dokumentacja zamówienia dotyczącego remediacji hałdy odpadów poprzemysłowych położonej przy Stawie Kalina w Świętochłowicach, załącznik nr 2 do umowy — Program Funkcjonalno-Użytkowy (PFU), plik „PFU.zip”, https://platformazakupowa.pl/transakcja/1273385, dostęp: 11.09.2026 r.


Publicznie dostępna dokumentacja dotycząca hałdy przy Stawie Kalina oraz dokumentacja przekazana Regionalnemu Dyrektorowi Ochrony Środowiska w Katowicach przez Fundację Opus Unicus.


Urząd Miejski w Świętochłowicach, „Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy «Dolina Lipinki»”, oficjalny opis obszaru, w tym hałdy Kopyto, dostęp: 23.09.2026 r.


Publicznie dostępne materiały planistyczne Miasta Świętochłowice, w tym Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego oraz materiały dotyczące sporządzanego Planu Ogólnego Miasta Świętochłowice.





 
 

Pyta Iwona Szoka


W samym sercu metropolii śląskiej, pomiędzy osiedlami Świętochłowic i Chorzowa, znajduje się historyczne składowisko odpadów poprzemysłowych po Państwowych Zakładach Chemicznych Hajduki, związanych m.in. z destylacją smoły oraz produkcją farb i lakierów.


Dokumentacja przedsięwzięcia wskazuje w tym środowisku m.in. fenole, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne (WWA) oraz substancje z grupy BTEX. Wśród opisanych zanieczyszczeń znajdują się związki lotne i półlotne, a dokumentacja wskazuje również na toksyczne, mutagenne i rakotwórcze właściwości części tych substancji oraz ich potencjalny wpływ na rozrodczość, a także negatywny wpływ na system hormonalny.


To właśnie w tę hałdę trwa obecnie ingerencja bez absolutnie żadnych konsultacji społecznych, bez analizy ryzyka i bez zabezpieczenia mieszkańców przed potencjalnym uwolnieniem „smoka spod wielkiej góry”, czyli toksyn.


Najpierw mała instalacja eksperymentalna.

Potem pełnowymiarowa – eksperyment na wielką skalę.


Nie bez znaczenia jest również to, co przewiduje  załącznik do zamówienia – Program Funkcjonalno-Użytkowy (PFU) dotyczący remediacji hałdy przy Stawie Kalina zakontraktowanej 15 czerwca 2026 r.

 

Już w fazie prac określanych jako „badania” przewidziano budowę i uruchomienie małej, eksperymentalnej instalacji semitechnicznej, która ma poprzedzić rozwiązanie pełnowymiarowe.  Co to znaczy? Etap badawczy obejmuje instalację eksperymentalną mającą przygotować rozwiązanie docelowe, również w rzeczy samej eksperymentalne.

 

Na podstawie doświadczeń uzyskanych podczas pracy małej instalacji ma następnie zostać przygotowane rozwiązanie pełnowymiarowe, obejmujące m.in. system napowietrzania wnętrza pięciohektarowej hałdy oraz możliwość dozowania bakterii.

 

I właśnie dlatego Fundacja stawia kolejne, bardzo proste pytanie:


Kto chroni nas i przyrodę przed tym eksperymentem?

I dlatego warto wrócić do rzeczy podstawowej: czym właściwie, zgodnie z prawem, ma być remediacja i czemu ma służyć.


wiersz Iwony Szoka pt. Koronka
Czy mamy odwagę spojrzeć prawdzie w oczy? Iwona Szoka, foto Joanna Nowicka

Art. 3 pkt 31b, prawa ochrony środowiska, wskazuje, że celem remediacji jest m.in. usunięcie lub zmniejszenie ilości substancji powodujących ryzyko, ich kontrolowanie oraz ograniczenie ich rozprzestrzeniania się, tak aby zanieczyszczony teren przestał stwarzać zagrożenie dla zdrowia ludzi lub środowiska.


Nie chodzi więc wyłącznie o to, żeby „coś zrobić” z terenem zanieczyszczonym.

Chodzi o rezultat.

O ograniczenie zagrożenia, ograniczenie rozprzestrzeniania się substancji i ochronę ludzi oraz środowiska przed ekspozycją.



I właśnie z tej perspektywy warto spojrzeć na dwie zupełnie różne sytuacje przy Kalinie


I tu zaczyna się rzecz najważniejsza.


Czym innym była remediacja rozkopanego Stawu Kalina, zionącego m.in. fenolami i emitującego zanieczyszczenia, której celem było ograniczenie narażenia mieszkańców i przedostawania się toksycznych substancji do środowiska, a czym innym ingerencja mogąca uwolnić odizolowane toksyny.


W przypadku remediacji stawu, Polska nie miała wyjścia. Wówczas toksynami oddychały nawet dzieci w pobliskiej szkole, wspominają nauczyciele oraz byli już uczniowie oraz uczennice. Niedawno mówił o tym również radny miasta Damian Malujda w rozmowie prowadzonej po Komisji Skarg i Wniosków w UM Świętochłowice. Pamięta iż trzeba było zamykać okna, nie dało się oddychać.


O czym i ja wiem doskonale — sama tu mieszkam. I wiem, co stało się, gdy poprzednie władze rozkopały teren bez zabezpieczenia mieszkańców. Dlatego jestem zaskoczona brakiem reakcji przeciwdziałających potencjalnemu zagrożeniu ze strony przewodniczącego Rady Miasta Bartosza Karcza, który był wówczas wiceprezydentem i uczestniczył w prowadzeniu nieudanej remediacji, której skutki tysiące mieszkańców mogą odczuwać z czasem.


Mamy bowiem do czynienia z substancjami, których właściwości mutagenne i rakotwórcze zostały naukowo potwierdzone.


W 2023 r. umieralność z powodu nowotworów złośliwych była w Chorzowie o ok. 38,3%, a w Świętochłowicach o ok. 34,2% wyższa niż średnia dla Polski.

Oczywiście nie ma podstaw, aby wprost przypisywać ten wynik oddziaływaniu Stawu Kalina, nie przeprowadzono obiecanych badań, jednak dane te niewątpliwie dają do myślenia.


Dziś, zanim sprowadzimy kolejne ryzyko wprowadzenia zagrożenia na społeczność lokalną, warto się zatrzymać i pozwolić specjalistom m.in. od zarzadzania ryzykiem stworzyć maksymalnie bezpieczne rozwiązanie, a nie pozostawiać takie zadania politykom.


Z czujnością dziś warto podejmować działania wobec ok. 25-metrowej hałdy, której zawartość została wcześniej odizolowana od otoczenia, powierzchnię odpadów przykryto ziemią i która porosła bujdą roślinnością, jeżeli planowana ingerencja może stworzyć ryzyko ponownego uwalniania lub przemieszczania znajdujących się w niej substancji...


Chyba, ze chcemy napisać scenariusz „Fenolowych dzieci”.


W ramach remediacji stawu hałdę odizolowano szczelnymi grodziami dookoła. Prace kosztowały ok. 72 mln zł, a oczyszczanie stawu bakteriami oraz jego napowietrzanie mimo upływu lat — nadal trwa.


Niestety od 17 czerwca 2026 miasto nie przedstawiło wyników badań powietrza przy już istniejącej instalacji napowietrzającej staw, a także przy przepompowni ChŚPWiK, aby ocenić bezpieczeństwo istniejącej instalacji napowietrzającej staw. Być może od lat tego nie sprawdzało. Czas pokaże. Zwłaszcza że mieszkańcy od lat wskazują miejsca, w których występują intensywne uciążliwości zapachowe mogące świadczyć o emisji substancji zanieczyszczających, podczas gdy przepisy nakładają na organy publiczne obowiązek gromadzenia i udostępniania informacji o stanie środowiska.


I tak dochodzimy do zasadniczej różnicy pomiędzy remediacją intensywnie parującego Stawu Kalina oraz terenu przyległego, a hałdy.


W pierwszym przypadku działania miały ograniczać istniejącą ekspozycję.

W drugim przypadku — w sprawie historycznego wysypiska odpadów toksycznych — trzeba najpierw wykazać, że podejmowana ingerencja nie stworzy nowych dróg ekspozycji.


I właśnie dlatego nie można mechanicznie porównywać rozkopanego stawu, z którego m.in. fenole było czuć na kilometry  — z hałdą, której zawartość została wcześniej odizolowana od otoczenia w ramach prowadzonych prac, które kosztowały społeczność dziesiątki milionów złotych. O ich skuteczność grodzi mówili przedstawiciele miasta  podczas wrześniowej Sesji Rady Miasta — nie powinna przez 3 dekady nam zagrażać.


Najpierw zapobieganie


Art. 6 Prawa ochrony środowiska nakazuje zapobiegać negatywnemu oddziaływaniu na środowisko. Jeżeli natomiast negatywne skutki planowanej działalności nie są jeszcze w pełni rozpoznane, zastosowanie znajduje zasada przezorności.


Jej sens jest prosty.


Nie czekamy, aż szkoda nastąpi, żeby dopiero wtedy zastanawiać się, jak jej przeciwdziałać.

Najpierw rozpoznajemy możliwe zagrożenia i drogi narażenia, następnie przygotowujemy zabezpieczenia, a dopiero później podejmujemy działania mogące oddziaływać na środowisko.


W przypadku wysypiska odpadów przemysłowych, nazywanego przez mieszkańców hałdą Kalina,  ma to szczególne znaczenie, ponieważ dokumentacja przedsięwzięcia przewiduje, przypomnę, wykonanie dziesiątek otworów, w tym 10 poziomych do instalacji wentylacyjnej, szczególnie kontrowersyjne – napowietrzanie i podgrzewanie wnętrza hałdy.


Jednocześnie pięć otworów już istnieje, ale — zgodnie z pisemną informacją przekazaną Fundacji przez prezydenta miasta Świętochłowice — nie dokonano identyfikacji znajdujących się w nich gazów ani nie określono ich stężeń w fazie prac nazywanych "badaniami".


Zapowiedziano natomiast wykonanie kolejnych 35.


I tu właśnie pytanie o zasadę przezorności przestaje być abstrakcyjną dyskusją prawną.

Jeżeli nie wiemy jeszcze, jakie gazy znajdują się w wykonanych otworach i w jakich stężeniach, to na jakiej podstawie oceniamy ryzyko dalszej ingerencji?


Ma to tym większe znaczenie, że Dyrektor Oddziału Badań REMEA Ewa Iwanicka sama publicznie wskazuje, iż podczas wierceń, wykopów, przemieszczania mas ziemnych lub naruszania zanieczyszczonego podłoża obecne w nim lotne związki organiczne, gazy i pary substancji chemicznych mogą być uwalniane do atmosfery.


Ustawodawca każe patrzeć również na to, kto mieszka obok

Prawo ochrony środowiska wymaga przy ocenie występowania znaczącego zagrożenia dla zdrowia ludzi lub stanu środowiska uwzględniania m.in. możliwości rozprzestrzeniania się zanieczyszczeń, potencjalnych dróg narażenia oraz ludzi, którzy mogliby ucierpieć.

Co szczególnie istotne w przypadku Kaliny, art. 101p ust. 1 pkt 5 wskazuje wprost na występowanie na terenie zanieczyszczonym i w jego okolicy m.in. placów zabaw, terenów sportowych oraz budynków mieszkalnych i użytkowych.


To niemal opis otoczenia tej hałdy.


Mówimy o terenie położonym pomiędzy osiedlami Świętochłowic i Chorzowa, w sąsiedztwie szkoły, przedszkola, boisk, placów zabaw i miejsc codziennie użytkowanych przez mieszkańców.


Ustawodawca nie każe więc patrzeć wyłącznie na to, co znajduje się we wnętrzu zanieczyszczonego terenu.

Każe patrzeć także na to, kto znajduje się wokół niego i w jaki sposób może zostać narażony.


Jedno ogranicza ekspozycję. Drugie może ją stworzyć


I właśnie do tego sprowadza się najważniejsza różnica.

Remediacja powinna prowadzić do ograniczania zagrożenia i rozprzestrzeniania się zanieczyszczeń.


Jeżeli natomiast ingerujemy w materiał, który pozostawał odizolowany od otoczenia w ramach wykonanej już remediacji, na terenie gęsto porośniętym roślinnością i podlegającym procesom bioremediacji od dekad, musimy wcześniej wiedzieć, czy wykonanie otworów, napowietrzanie, podgrzewanie lub inne działania nie stworzą nowych dróg migracji znajdujących się w nim substancji. Nie twierdzę, że hałdy nigdy nie należy ruszać.

Twierdzę, że najpierw trzeba wykazać bezpieczeństwo ingerencji, a dopiero później ją prowadzić.


Trzeba znać możliwe drogi migracji rakotwórczych, śmiercionośnych toksyn, realne scenariusze awaryjne i sposób ochrony ludzi mieszkających obok.

Bo remediacja nie polega na tym, aby substancje, które zostały odizolowane od mieszkańców, ponownie wprawić w obieg i dopiero później sprawdzać, gdzie trafią.

Jeżeli celem prawa jest ograniczanie ekspozycji, to właśnie ten cel powinien być punktem wyjścia dla każdej technologii, każdego harmonogramu i każdej decyzji podejmowanej przy Kalinie.


Dziś, poza szumnie zapowiadanym monitoringiem powietrza, nasze dzieci i my każdego dnia nie wiemy, czym oddychamy. Nie znamy również planu ewakuacji ani procedur działania służb na wypadek błędu, który — wydawałoby się — jest przecież możliwością wpisaną w prowadzenie eksperymentów. Szkoda tylko, że w tym przypadku eksperyment nie odbywa się w laboratorium, lecz w sercu metropolii.


Nie możemy dowiadywać się"jutro" z wykresu, czym oddychaliśmy dzisiaj.

Monitoring bez natychmiastowego alarmowania i procedury ochrony mieszkańców nie zapobiega narażeniu na toksyczne substancje — może jedynie później pokazać, że do takiego narażenia mogło dojść.


Co więcej — kto nas o tym powiadomi?


Prywatna firma realizująca prace, których ewentualnym skutkiem może być uwolnienie substancji z historycznego składowiska?


Historia ochrony środowiska na świecie zna podobne przypadki — historie bagatelizowanych zagrożeń, opóźnionych reakcji i ludzi, którzy o rzeczywistym narażeniu dowiadywali się dopiero po czasie. Niektóre z nich stały się później podstawą filmów i seriali opartych na prawdziwych wydarzeniach.


Właśnie dlatego pytamy o niezależny system kontroli, alarmowania i ochrony mieszkańców — zanim wydarzy się historia, o której ktoś kiedyś nakręci film.

Nasze dzieci mogą być w tym czasie w szkole, na boisku albo na placu zabaw. My możemy spacerować, być w domu albo spać.


Nie możemy najpierw wziąć oddechu powietrzem zawierającym uwolnione substancje, a dopiero później otrzymać informację, co zarejestrował monitoring.

System bezpieczeństwa musi dawać mieszkańcom szansę zareagowania, zanim dojdzie do narażenia.


Bo ładne — nie znaczy zdrowe...


C.d.n.



źródła:


W 2023 r., według danych GUS, Krajowego Rejestru Nowotworów oraz Śląskiego Wojewódzkiego Biura Rejestracji Nowotworów, umieralność z powodu nowotworów złośliwych była w Chorzowie o ok. 38,3%, a w Świętochłowicach o ok. 34,2% wyższa niż średnia dla Polski. Dane dotyczą 2023 r., przy liczbie ludności przyjętej według stanu na 30.06.2023 r


Prawo ochrony środowiska - ustawa tekst jednolity


Konwencja z Aarhus


Publikacje zawodowe Dyrektor Oddziału Badań REMEA Ewa Iwanicka (w tym Linkedin)


Umowa na remediacja hałdy odpadów poprzemysłowych położonej przy stawie Kalina w Świętochłowicach, załącznik do umowy nr 2 PFU.zip dostęp: 11.09.2026. https://platformazakupowa.pl/transakcja/1273385


K. Starzec, E. Stańkowska, P. Supel, R. Mazur, P. Surma, P. Kaszycki, „Microbiological treatment of post-industrial water: Example of efficient bioremediation of the heavily polluted Kalina pond, Poland”, Journal of Water and Land Development 2024, nr 60, s. 236–245, https://doi.org/10.24425/jwld.2024.149125, opublikowano online 29.03.2024, dostęp: 11.09.2026.


J. Zamorska, I. Kiełb-Sotkiewicz, „A Biological Method of Treating Surface Water Contaminated with Industrial Waste Leachate”, Water 2021, vol. 13, nr 24, art. 3644, https://doi.org/10.3390/w13243644, opublikowano 17.12.2021, dostęp: 11.09.2026.





 
 

Pyta Iwona Szoka


Przesunięcie zabudowy w kierunku Doliny Lipinki, zmiana zagospodarowania terenu Ajski, to nie tylko kolejne budynki na mapie. To ingerencja w stosunki wodne terenu, a wraz z nią ryzyko obniżenia poziomu wód gruntowych i wysuszenia niezwykle delikatnego ekosystemu, który dopiero się tutaj odradza.


I właśnie dlatego, zanim przesuniemy zabudowę choćby o kolejny metr, warto wiedzieć, co właściwie przesuwamy i w czyją stronę. Kiedy mówię o Dolinie Lipinki, nie mam na myśli wyłącznie wąskiego obszaru wyznaczonego administracyjną granicą.


Mówię o całym układzie przestrzennym i przyrodniczym pomiędzy ciekiem i Doliną Lipinki a terenem zabudowanym. Mówię również o całym terenie Ajski, o hałdzie po dawnej działalności hutniczej i o istniejącej zabudowie mieszkaniowej.

I poddaję pod rozwagę pytanie podstawowe: co jest skażonym terenem – hałdą po hucie cynku – a co nim nie jest?


Dziś to właśnie przestrzeń pomiędzy Doliną Lipinki a zabudową mieszkaniową jest przedmiotem głównych rozważań w przestrzeni publicznej.

Nie jest pustką. Nie jest ziemią „pomiędzy niebami”.


I nawet jeżeli jakiś jej fragment na mapie lub w ewidencji zostanie nazwany „nieużytkiem”, nie oznacza to, że w rzeczywistości nie pełni żadnej funkcji.


Wręcz przeciwnie. Jest częścią układu wodnego i przyrodniczego. Rozwijają się tutaj siedliska i roślinność związana z terenami wilgotnymi, a przez teren przemieszcza się woda.


wiersz Iwony Szoka pt. Koronka
Czy mamy odwagę spojrzeć prawdzie w oczy? Iwona Szoka, foto Joanna Nowicka

To nie jest wolne miejsce pomiędzy widocznym „kopcem” hałdy czy wodami Lipinki a domami. To jest przestrzeń, która ma swoją funkcję. I właśnie tę funkcję trzeba poznać, zanim zaczniemy ten teren metr po metrze zabudowywać.


Dolina Lipinki w Świętochłowicach – i szerzej teren Ajski – nie jest pustą przestrzenią pomiędzy osiedlami.


Miejsce to nie jest również obojętne ani mieszkańcom Śląska, ani naukowcom. W 2025 roku Krzysztof Rostański, Adam Rostański i Renata Dulias opublikowali w czasopiśmie naukowym „Landscape Online” pracę The evolution of the Lipinka Valley brownfield site as a multi-layered testimony to local identity.



To niezwykle ciekawa opowieść o przestrzeni, w której zapisała się trudna historia tego regionu – przez dziesięciolecia przekształcanej przez człowieka i przemysł, a następnie, pozostawionej samej sobie, stopniowo odzyskiwanej przez przyrodę.


I tu zaczyna się rzecz najważniejsza.


Autorzy nie opisują Doliny Lipinki jako pustej zielonej plamy. Badają jej przekształconą przez człowieka rzeźbę, hydrografię, gleby, wody powierzchniowe, florę i faunę. A pamiętajmy, że ten ekosystem nie powstał obok przemysłowej historii tego kawałka świata, lecz na jej pozostałościach – pośród ołowiu i tego wszystkiego, co pozostawiła po sobie huta.


Autorzy wskazują na antropogeniczne przekształcenia lokalnej rzeźby i hydrografii oraz zmiany właściwości fizycznych i chemicznych gleb i wód powierzchniowych. I dochodzą do wniosku szczególnie ważnego dla dzisiejszej dyskusji o Dolinie Lipinki: ta zdegradowana przez przemysł przestrzeń nie pozostała biologiczną pustynią. Z czasem wykształcił się tu ekosystem, który zaczął pełnić własne funkcje przyrodnicze.



„Analizy flory i fauny tego obszaru wykazały powstanie tutaj unikalnej mozaiki ekosystemów” – piszą Rostański, Rostański i Dulias.

Przez lata wytworzyła się tutaj właśnie ta niezwykła mozaika siedlisk. Woda, gleba, roślinność i ukształtowanie terenu tworzą system naczyń połączonych. Dlatego w takim miejscu woda nie jest technicznym szczegółem projektu budowlanego.


Woda jest jednym z warunków istnienia tego ekosystemu. Jeżeli zmieniamy stosunki wodne, nie zmieniamy jednego parametru w dokumentacji. Zmieniamy warunki, w których funkcjonuje cały teren.


Warto wrócić do początku moich rozważań. Pytania z którym zwróciłam się do Państwa, od którego zaczęłam. Do szuwarów. Nie dlatego, że są głównym bohaterem tej opowieści. Są jednym z widocznych elementów znacznie większego systemu.


Szuwary to roślinność związana z wodą i terenami podmokłymi. Taka roślinność może zatrzymywać zawiesiny, pobierać część substancji z wody i podłoża, stabilizować osady, tworzyć siedliska oraz uczestniczyć w naturalnych procesach samooczyszczania wód.

Nie przesądzam, jaką dokładnie funkcję w zatrzymywaniu konkretnych zanieczyszczeń pełni roślinność występująca na Ajsce.


To trzeba zbadać, zanim zmienimy warunki, dzięki którym ona tam istnieje.

I właśnie dlatego pytanie o dalszą zabudowę w kierunku Doliny Lipinki i zmianę zagospodarowania Ajski nie brzmi wyłącznie: Ile mieszkań można tutaj jeszcze wybudować?. Powinno brzmieć: Ile możemy zmienić, zanim przestanie istnieć to, co przez dziesięciolecia stworzyła tutaj przyroda?


Nie każdy „nieużytek” jest nieużytkiem


Czasami warto przeczytać pracę naukową o miejscu, które – wydawałoby się – znamy.

Zwłaszcza kiedy przez lata przyzwyczailiśmy się patrzeć na nie jak na kawałek ziemi pomiędzy osiedlami, drogami i pozostałościami przemysłu. Już sam tytuł publikacji Rostańskiego, Rostańskiego i Dulias jest znaczący.


Dolina Lipinki jako „wielowarstwowe świadectwo lokalnej tożsamości”.


Nie jako pusta przestrzeń. Nie jako ziemia czekająca na „zagospodarowanie”. Nie jako teren, na który wystarczy spojrzeć przez pryzmat ceny metra kwadratowego. A i ta tu budzi kontrowersje... Rok 2026, serce Aglomeracji - cena ok 80zł/m2....


Autorzy opisują miejsce znacznie bardziej skomplikowane. Przemysł przez dziesięciolecia zmieniał tutaj rzeźbę terenu i stosunki wodne. Zmieniały się fizyczne i chemiczne właściwości gleb oraz wód powierzchniowych. Człowiek ingerował w krajobraz, pozostawiając w nim kolejne warstwy swojej działalności.



Na Ajsce wydarzyło się coś niezwykle ciekawego. Przyroda zaczęła ten teren odzyskiwać.

Powstała mozaika ekosystemów, w której krajobraz poprzemysłowy, wojenny i naturalny nie istnieją obok siebie jak trzy oddzielne obrazki.


One są ze sobą powiązane.


I właśnie ta zależność jest jednym z najważniejszych elementów tej historii. Dolina Lipinki pokazuje coś, o czym w miastach poprzemysłowych wyjątkowo łatwo zapominamy:

to, co wygląda na nieuporządkowane, wcale nie musi być bezwartościowe. Czasem wręcz przeciwnie.


Teren pozostawiony przez przemysł może być jednocześnie trudnym dziedzictwem środowiskowym, zapisem historii kilku pokoleń mieszkańców i miejscem, w którym przez dziesięciolecia powstał nowy, skomplikowany ekosystem.



Kopalnie. Huty. Hałdy. Kolej. Wojna. Przemysłowy boom. Likwidacja przemysłu. Sukcesja przyrody. Nowe osiedla.


I właśnie dlatego słowo „rewitalizacja” zawsze powinno zaczynać się od słowa „wiedza”.

Najpierw trzeba wiedzieć, co znajduje się pod ziemią. Trzeba wiedzieć, jak płynie woda. Trzeba wiedzieć, jakie procesy zachodzą w glebie.


Trzeba wiedzieć, co żyje na powierzchni. Trzeba wiedzieć, dlaczego żyje właśnie tutaj. Dopiero potem można odpowiedzialnie zastanawiać się, co wolno w takim miejscu zmienić.


Dziś już wiem, że krajobraz poprzemysłowego Śląska nie jest czystą kartką papieru. Jest raczej palimpsestem – kartą zapisywaną wielokrotnie, na której pod najnowszą warstwą nadal możemy odczytać poprzednie. I człowiek, który przez cały ten czas mieszka pomiędzy nimi. To właśnie dlatego badania Ajski w tym Doliny Lipinki są dla mnie interesujące nie tylko z perspektywy przyrodniczej.


Są również opowieścią o Śląsku.


O regionie, w którym przez ponad sto lat najpierw pytaliśmy, co można z ziemi wydobyć, później – co można na niej wybudować, a zdecydowanie zbyt rzadko pytaliśmy: co już się na niej znajduje i jakie będą konsekwencje, jeżeli to zmienimy?


Dolina Lipinki nie potrzebuje romantyzowania. Jej przemysłowa przeszłość jest faktem. Antropogeniczne przekształcenia środowiska są faktem. Zmiany gleb, wód i hydrografii są przedmiotem badań naukowych. Ale faktem jest również życie, które przez dziesięciolecia nauczyło się funkcjonować w tym niezwykłym miejscu.


I może właśnie dlatego teren Ajski jest tak dobrym symbolem współczesnego Śląska. Nie jest ani „dziką przyrodą”, ani wyłącznie „terenem poprzemysłowym”.


Jest jednym i drugim.


Jest historią działalności człowieka i historią zdumiewającej zdolności przyrody do adaptacji.

Dlatego zanim kolejny fragment takiego krajobrazu potraktujemy jak pustą przestrzeń na mapie inwestycyjnej, warto zrobić jedną bardzo prostą rzecz.


Przeczytać, co już o nim wiemy.


Czasami największym problemem nie jest brak wiedzy. Największym problemem jest to, że dziś wiedza istnieje – ale przepisy dotyczące gromadzenia i upowszechniania informacji o stanie środowiska, służące m.in. realnemu przeciwdziałaniu zagrożeniom dla zdrowia publicznego, mało kogo interesują.


Polecam lekturę Konwencji z Aarhus, przepisów dotyczących dostępu do informacji o środowisku i jego ochronie, ale również literatury dotyczącej odpowiedzialności władzy publicznej.


C.d.n.



Źródło:


K. Rostański, A. Rostański, R. Dulias, The evolution of the Lipinka Valley brownfield site as a multi-layered testimony to local identity, „Landscape Online”, 2025, vol. 100, art. 1142, s. 1–28, DOI: 10.3097/LO.2025.1142.



 
 
bottom of page